William Gallas – Nigdy nie mówiłem, że specjalnie strzelę samobója. Kto by tak zrobił?! cz.1

0
william gallas

Czy żałuje utraty kontroli na St Andrew's? Co czuł w stosunku do ręki Henry'ego? Czy naprawdę pokłócił się z Andre Villas-Boasem w Tottenhamie? William Gallas, były zawodnik m.in. Chelsea, Arsenalu i Tottenhamu oraz 84-krotny reprezentant Francji, odpowiada na te i wiele innych pytań.

– Co takiego tak bardzo podoba ci się w Londynie? A co cię najbardziej wkurza w tym mieście?

– To kosmopolityczne miasto. Można poznać w nim różnych ludzi, doświadczyć różnych kultur i możesz śmiało porozmawiać z każdym na ulicy. Na przykład jeżeli gdzieś się zgubisz, ludzie chętnie poświęcą swój czas, żeby wskazać ci odpowiednią drogę. Aczkolwiek Londyn sporo się zmienił. Gdy przyjechałem tu w 2001 roku nie było tu zbyt dużego ruchu ulicznego, a ludzie na drogach byli bardzo cierpliwi. Teraz wygląda to już inaczej.

– Twój kuzyn jest zawodowym graczem w rugby. Grałeś kiedyś z nim? A może on grał w piłkę nożną? Gdybyście zamienili się sportami, komu lepiej by poszło?

– Hahaha! Ja grający w rugby? Popatrz na moje ciało, jak mógłbym grać w rugby? Połamaliby mi nogi. Mój pierwszy mecz byłby od razu moim ostatnim. Mój kuzyn jest praktycznie tego samego wzrostu co ja, ale ja ważę 82 kg, a on 120! Jest duży, ale bardzo szybki. Bardzo interesuje się piłką nożną, ale nie wiem jak dobrym jest piłkarzem. Ale raczej on lepiej poradziłby sobie w piłce niż ja w rugby. Gdybym miał kiedykolwiek grać w rugby, to bym po prostu uciekał. Chociaż rywale i tak by mnie złapali i z łatwością powalili na ziemię.

– Twój pierwszy gol dla Marsylii wiązał się ze sprintem z linii środkowej boiska. Było to w meczu przeciwko Manchesterowi United w Lidze Mistrzów, w sezonie 1999-2000. Widziałeś się wtedy w roli napastnika?

– W akademii Clairefontaine zaczynałem jako napastnik. Ale podczas gdy moi koledzy po dwóch latach trafiali do klubów, ja zostałem na kolejny rok, bo nie spisywałem się najlepiej w ataku. Mój trener powiedział w końcu: “William, nie jesteś zbyt dobry jako napastnik, nie jesteś zbyt dobry jako skrzydłowy… ani jako pomocnik. To twoja ostatnia szansa, zagrasz więc na obronie.”

Zacząłem więc grać na prawej obronie i poszło mi dobrze. W kolejnym meczu znowu byłem dobry. Trener powiedział: “To jest twoja pozycja.” Na koniec sezonu dostałem zaproszenie do Caen i po roku zagrałem już w pierwszym składzie. Dwa sezony później wylądowałem w Marsylii.

– Gdy byłeś w Chelsea, grałeś z Marcelem Desailly i Johnem Terry. Jak byś ich porównał? Z którym lepiej ci się grało?

– Nie potrafię wybrać, obaj byli klasy światowej. Około 1998 roku Marcel był najlepszym obrońcą świata, a John swój szczyt osiągnął ok. 2006 roku. Myślę, że Marcel uczył Johna. Gdy dołączyłem do Chelsea, Marcel powiedział mi: “William, mamy tu młodego chłopaka, bardzo utalentowanego, który będzie przyszłym kapitanem reprezentacji Anglii.”

Pamiętam pierwszy trening z nimi. Wszystko było dla mnie nowe, więc byłem nieco onieśmielony. Wtedy zobaczyłem Johna i pomyślałem “O boże, świetnie gra i zagrywa dokładne, dalekie podania obiema nogami – ja tego nie potrafię.” Był tez niezwykle silny. Pomyślałem, że będzie mi bardzo trudno dostać się do pierwszej drużyny. Ale każdego dnia dawałem z siebie wszystko i w końcu grałem na różnych pozycjach w obronie, podobnie jak to miało miejsce w Marsylii.

– Jak zmieniła się Chelsea po przyjściu Romana Abramowicza w 2003 roku?

– Stała się bardziej profesjonalna. Poziom organizacji znacząco wzrósł. Roman Abramowicz zaczął inwestować duże pieniądze nie tylko w piłkarzy, ale też trenerów, lekarzy, fizykoterapeutów, a nawet kucharzy. Przeniósł również boiska treningowe z Harlington do Cobham. Słyszałem kiedyś historię, że zanim Abramowicz przejął Chelsea, nie był pewien w który klub powinien zainwestować. Zastanawiał się między Chelsea, Tottenhamem i Liverpoolem. Wybrał Chelsea po tym, gdy pokonaliśmy Liverpool w ostatnim meczu sezonu 2002/03, co oznaczało, że zajęliśmy czwarte miejsce i zakwalifikowaliśmy się do Ligi Mistrzów – kosztem Liverpoolu. Może gdyby ten mecz zakończył się innym wynikiem, kupiłby Liverpool.

Jako prezes wykazuje się ogromną pasją. Gdy wygrywaliśmy mecze, wpadał do szatni i rozmawiał z nami. “Jak się czujesz? Jak się masz? Wszystko w porządku? Widziałem, że cię nieźle poturbowali, myślisz, że dasz radę zagrać w kolejnym meczu?” Był blisko nas.

– “Gol duch” na Anfield w 2005 roku – twoim zdaniem piłka przekroczyła linię?

– Nie, nie – piłka nie przekroczyła linii. Jestem pewien, bo sam ją wybiłem! Wyraźnie to pamiętam. Było to rozczarowujące, bo nasza drużyna była wtedy najprawdopodobniej najmocniejsza w Europie i gdybyśmy dostali możliwość gry w finale, bylibyśmy mistrzami. Wygranie Ligi Mistrzów było moim marzeniem.

– Chelsea straciła tylko 15 goli w drodze po mistrzostwo w sezonie 2004/05. To wręcz szalony wynik – jak wam się to udało?

– To było niewiarygodne, ale nasza obrona była wtedy bardzo dobra. Jose Mourinho zawsze się na niej skupiał. Gdy mieliśmy spotkania z zawodnikami, mówił “Nie chcę, żeby moja drużyna traciła gole”. Ludzie muszą zrozumieć też, że nigdy nie kłóciliśmy się na boisku. To też zasługa Jose. Jeżeli coś szło nie tak, natychmiast reagował. Jeżeli ktoś źle zagrał, od razu mówił “Prosiłem cię, żebyś zrobił to. Dlaczego nie posłuchałeś?” Dzięki temu każdy skupiał się na własnej grze.

– Strzeliłeś kiedyś równie dobrze, co w ostatniej minucie meczu z Tottenhamem w 2006 roku?

– Nie, to zdecydowanie był najpiękniejszy gol w mojej karierze. Jak mógłbym zdobyć piękniejszego gola? 🙂 Nawet mój syn wciąż mi go pokazuje. “Wiesz co zrobiłeś?” pyta. “Tak synu, wiem.” Wciąż rozpiera go duma, gdy patrzy na tego gola.

Ludzie nie wiedzą, że przed tym meczem spałem dwie, może trzy godziny. Zapomniałem, że mecz zaczyna się bardzo wcześnie i poszedłem spać bardzo późno. Będąc na boisku niewiele myślałem, może dlatego strzeliłem tego gola!

– Dlaczego upierałeś się, żeby opuścić Chelsea? I jak na to zareagował klub?

– Opuściłem Chelsea z kilku powodów. Z zarządem nie byłem w stale osiągnąć porozumienia dotyczącego przedłużenia mojego kontraktu. Czułem, że to, o co proszę, było uczciwe – nie chciałem zarabiać najwięcej w klubie ani nic podobnego. Mój kontrakt wciąż był ważny rok, powiedziałem więc, że porozmawiamy, gdy wrócę z mistrzostw świata w 2006 roku w Niemczech. Po turnieju, w którym dotarłem z Francją do finału, udałem się do Gwadelupy, żeby zobaczyć się z rodziną. Gdy dotarłem na lotnisko, było ono pełne ludzi. Byłem w szoku. Każdego dnia ludzie przychodzili do mojego domu i prosili o zdjęcie i autograf. Nie spodziewałem się tego, więc pod koniec wakacji byłem naprawdę zmęczony, dlatego poprosiłem Jose Mourinho o jeszcze kilka dni wolnego. Ale klub chciał, żebym udał się z drużyną w trasę po USA, żeby mogli powiedzieć, że w składzie jest finalista mistrzostw świata.

Patrząc z perspektywy czasu, wydaje mi się, że wzajemnie się nie zrozumieliśmy. Wielka szkoda, bo mieliśmy wspólny cel: zdobywać trofea. Ale sprawy potoczyły się jeszcze gorzej, gdy koszulka z moim numerem (13) została oddana Michaelowi Ballackowi. Nie spodziewałem się tego i wtedy poczułem, że nie mogę dłużej zostać w Chelsea. Ten numer wiele dla mnie znaczył. Wybrałem go, ponieważ nie wiedziałem na jakiej pozycji będę grał, a poza tym spodobał mi się, ponieważ podobno nikt w Chelsea nie grał w nim przede mną.

Nie wiedziałem, że jest to pechowy numer, ale pasował mi i stał się dla mnie ważny. Szkoda, że nasze drogi rozeszły się w taki sposób, ponieważ Jose Mourinho był menedżerem, który dał mi możliwość zostania jednym z najlepszych obrońców na świecie.

– Czy naprawdę groziłeś, że specjalnie strzelisz gola samobójczego, gdy odchodziłeś z Chelsea? Co myślisz o tej plotce i jak myślisz, skąd w ogóle się wzięła?

– Nigdy nie powiedziałem, że specjalnie strzelę samobója. Jak można coś takiego zrobić?! To chyba najgłupsza rzecz, jaką w życiu słyszałem. Może w tamtym okresie ludzie w klubie starali się znaleźć sposób, żeby obwinić mnie za to, co się działo, ponieważ kibice chcieli, żebym został. Grając w piłkę zawsze daję z siebie wszystko.

– Jak się czułeś przejmując koszulkę z numerem 10, w której wcześniej grał Dennis Bergkamp? Dlaczego wybrałeś akurat ten numer?

– W Arsenalu chciałem mieć numer 13, ale nosił go już Aleksandr Hleb. Wolny był nr 3, ponieważ Ashley Cole właśnie odszedł, ale wybrałem 10, bo nosiłem go już na początku mojej kariery, a moja córka urodziła się 10 listopada. Poza tym było to chyba z korzyścią dla klubu. Gdyby młody piłkarz założył 10, miałby na swoich barkach duży ciężar tego numeru. Na mnie jednak nie robiło to żadnego wrażenia.

Druga część wywiadu wkrótce!


Zarejestruj konto na Fortuna za pośrednictwem Gol.pl!

baner-fortuna-gol

ŹRÓDŁOFouFourTwo
Poprzedni artykułPremier League – Kosmiczne derby Londynu na remis!
Następny artykułLVbet wprowadza błyskawiczne wypłaty!