arsene wenger koniec

Arsenal, któremu przewodzi Arsene Wenger, formalnie będzie istniał jeszcze do końca tego sezonu, ale tylko na papierze. W tej drużynie nie ma już życia. Wszystko przepadło. O ironio, doprowadził do tego człowiek, który dał mu życie ponad 20 lat temu.

Henrich Mychitarian i Pierre-Emerick Aubameyang to styczniowe transfery, które były ostatnią próbą wskrzeszenia walczącego o życie Arsenalu. Nie ma jednak na nich pomysłu, a sami klubu nie uratują. Pod sterami Arsene'a Wengera klub balansuje na granicy życia i śmierci, a kibice stojąc nad szpitalnym łóżkiem modlą się, żeby ktoś pojawił się w czerwcu i miał wystarczająco dużo litości, żeby zakończyć jego żywot. Dopiero wtedy zespół będzie mógł narodzić się na nowo.

Ludzie tacy jak Raul Sanllehi, Sven Mislintat i Huss Fahmy zostali sprowadzeni do klubu, by pomóc w przejściu z ery Wengera na erę powengerowską. Ale na to jest już za późno. To nie może być proces, tylko natychmiastowa reinkarnacja. Nie ma czasu na generalny remont. Trzeba wziąć przykład z feniksa i narodzić się z popiołów ku lepszej przyszłości.

Ironią jest to, że Wenger zasługuje na uznanie za stworzenie współczesnego Arsenalu… ale ponosi również całą winę. To Wenger przyniósł ze sobą trofea, stadion, Thierry'ego Henry'ego, Niezwyciężonych, historię. Ale to również Wenger nadzorował ten niewybaczalny upadek.

Pod względem liczby trofeów zawsze był za plecami Sir Alexa Fergusona, ale w jednym obszarze Wenger zdecydowanie poradził sobie lepiej niż jego szkocki rywal – w doprowadzeniu klubu do ruiny.

Minęło pięć lat odkąd Ferguson opuścił Manchester United, a klub wciąż daleki jest od tego, by ponownie zasiąść na szczycie Premier League. Część winy za to z pewnością spoczywa na byłym menedżerze, który nie potrafił przygotować klubu na swoje odejście.

Większość winy leży jednak po stronie rodziny Glazerów, którzy oddali klub w jego ręce i za długo nie robili nic, by zapewnić mu życie po tym, jak go zabraknie. Przejście do nowej ery nie było łatwe na Old Trafford, ale dopiero teraz to, co dzieje się w północnym Londynie pokazuje, jak bardzo bolesny może być moment przemiany.

Czwartkowa porażka 0:3 z Manchesterem City – druga w ciągu kilku dni – nie jest może ciosem śmiertelnym dla klubu, ale to znak czasów. W Londynie jest zimno, a drogi są w kiepskim stanie, ale wystarczy spojrzeć na liczbę wolnych miejsc na Emirates, żeby zobaczyć, że dzieje się coś złego. Stadion ten nie został wybudowany z myślą o tym, żeby zapełnić go do połowy. Nie miał być miejscem, gdzie kibice przychodzą po to, żeby obrażać swoją drużynę i upewnić się, że wszyscy zdają sobie sprawę z ich niezadowolenia.

Ale taki właśnie jest obecny Arsenal: totalne pośmiewisko. Fani drużyn przyjezdnych śpiewają o tym, żeby Wenger został. Smutna laurka dla człowieka, który swego czasu zrewolucjonizował futbol a Anglii.

Arsenal nie był w stanie wymierzyć Manchesterowi City nawet jednego ciosu. Nie podjął walki. Po raz pierwszy w historii stracili trzy gole w pierwszej połowie meczu w Premier League. Drużyna Pepa Guardioli bezwzględnie pokazała jakie są dzisiejsze standardy czołowych zespołów. I nie chodzi o pieniądze.

Cztery dni wcześniej Arsenal doznał podobnego upokorzenia w finale Pucharu Ligi Angielskiej. Zapewne piłkarze woleliby w ogóle się do niego nie zakwalifikować, żeby uniknąć takiego blamażu.

Trudno było spodziewać się, że czwartkowy mecz będzie wyglądał inaczej, ale Arsenal mógłby chociaż dać coś z siebie. Cokolwiek. Pokazać kibicom, że im zależy, że czegoś się nauczyli. Skończyło się jednak tak samo. City grało bardzo dobrze, ale czy drużyna pokroju Arsenalu powinna dać się ogrywać w taki sposób? Poddawać się bez walki i czekać na najniższy wymiar kary?

Jakość zdobywanych goli przez City pokazuje różnice między zespołami. Utrzymywanie się przy piłce, podania na jeden kontakt, precyzyjne strzały – City dało z siebie wszystko, chociaż w tym momencie sezonu i w sytuacji, jaka panuje w Premier League, mogli nawet nie wyjść na boisko, a i tak zdobyliby mistrzowski tytuł.

Pierwsza czwórka Premier League jest dla Arsenalu nieosiągalna, ale sytuacja nie przypomina tej, w której w zeszłym sezonie był Manchester United. Jose Mourinho miał plan. Kosztem ligi powalczył w Lidze Europy i to się opłaciło. Ale nie można ufać, że Arsenal podąży tą samą ścieżką. Po pierwsze, byłby to przypadek lub ostatnia deska ratunku, a nie plan. Po drugie, ciężko wierzyć, że Arsenal pokona AC Milan. Ciężko było nawet wierzyć, że pokona Ostersunds.

Wierzyć można tylko w to, że drużyna będzie coraz bardziej zawodzić kibiców. Czy po przegranym finale będzie jakaś reakcja? Czy Wenger pokaże, że ma jeszcze wolę walki? Czy Arsenal zaskoczy wszystkich i postawi twarde warunki Manchesterowi? 0:3 do przerwy rozwiało wszelkie wątpliwości. To już nie ma sensu.


Odbierz 20 PLN bez depozytu!

baner-lvbet-gol-728x90