W piłce nożnej i, generalnie, w sporcie, wszystko jest proste. Od technicznych sztuczek i udanych wślizgów po gole, zwycięstwa i trofea – każdy niemal element jest wymierny. Kontrowersje stanowią nieodłączny dodatek, bo nie zawsze wiadomo, czym kierował się selekcjoner przy powoływaniu zawodników do kadry i dlaczego ten właśnie gracz trafił do jedenastki roku. Ale to tylko niuanse, a oparte na statystykach klasyfikacje i ligowe tabele futbolową rzeczywistość weryfikują bezwzględnie.

Inaczej rzecz ma się z komentatorami i dziennikarstwem sportowym w ogóle. Wydawać by się mogło, że to, co dobre, jest chociaż po części uniwersalne. Że przeciętna umiejętność budowania emocji, posługiwanie się poprawną polszczyzną i nie tyle wybitna wiedza, co właściwe przygotowanie się do komentowanego meczu, powinny urodzić komentatora, na którym nikt psa by nie powiesił; który byłby co najmniej zjadliwy.

Okazuje się jednak, że niektórzy w ogóle nie życzą sobie jakiegokolwiek rozemocjonowania, niektórzy życzą sobie wyłącznie encyklopedycznej wiedzy i żonglowania statystykami. Jedni oczekują relacji w stylu „Jędrzejczyk do Pazdana, teraz Mączyński” – dla innych to komentatorska dyskwalifikacja, bo wszystko to obserwują przecież na ekranie. Jedni chcą namiętności w iście latynoskim stylu: zdzierania gardła i przeciąganego „golgolgolgolgol!!!”, kolejni liczą na przaśnych zabawiaczy lub piłkarzy z krwi i kości, którzy sami żarli trawsko z niejednej murawy i oglądanych chłopaków pamiętają z boiska. Ten chce chrypy, tamten słowiczego śpiewu, kolejny glissando gładkiego jak krawat Sinatry lub połączenia Piotra Fronczewskiego z Bradem Robertsem.

Niektóre postacie rosły do rozmiarów legendy, co nie przeszkadzało istnieć grupom, które najchętniej wyciszałyby telewizor. A o Cristiano Ronaldo czy Lionelu Messim można powiedzieć wszystko, ale przecież nie to, że nie da się ich oglądać. Wielkiemu Janowi Ciszewskiemu było łatwiej, bo konkurencję miał żadną, a polscy piłkarze lali (prawie) wszystkich jak chcieli. Nie zmienia to faktu, że słuchało się go bardzo dobrze. Większość spośród tych, którzy czytać będą ten tekst, nie miała okazji do śledzenia na żywo spotkań z komentarzem mistrza, i przez ojców i dziennikarski świat nauczona została, że „Ciszewski dobrym komentatorem był”. Ale znam ludzi, którzy twierdzą, że nie dało się go słuchać ze względu na stronniczość, jaką się wykazywał. Brzmi to jak bluźnierstwo, prawda? Ale jestem pewien, że dziś – a nawet piętnaście lat temu – Jan Ciszewski nie miałby łatwej przeprawy po komentatorskiej ścieżce sukcesu.

Na następcę Ciszewskiego namaszczono Andrzeja Zydorowicza, a biedny “Zydor” trafił na bessę w polskiej piłce. W owym czasie szanse w TVP dostawali wyłącznie dziennikarze z radiową przeszłością. Trzeba przyznać, że głos Zydorowicza był przyjemny i nie od razu został nazwany „nudziarzem”. Określenie to stało się zasługą przeciwwagi charakteru, z jakim w Polskim Radiu relacjonował Tomasz Zimoch, oraz poważne wejście do komentatorskiej gry Dariusza Szpakowskiego. Szpakowski dysponował barwą głosu podobną do Zydorowicza, ale jego ton był wyższy, a sam komentarz – bardziej dynamiczny.

To Szpakowski stał się na lata głosem polskiej piłki. Szybko zaczęto mu wytykać pomyłki i błędy językowe, ale znakomicie bronił się ładunkiem emocjonalnym. Mistrzostwa Świata w 1994 roku były pierwszym wielkim testem Jacka Laskowskiego, który konsekwentnie cechował się zawodową sumiennością i brakiem tzw. gorszych momentów, a do tego potrafił się „podniecić”, jak w środowisku nazywano uleganie emocjom. Przez TVP przemknął też m.in. Janusz Basałaj, który potem budował komentarz dla Eurosportu. W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych w telewizji publicznej pojawił się Bożydar Iwanow. Stanowić miał on o powiewie świeżości i kroku w kierunku zachodnich standardów. Był solidny i przygotowany, ale serc preferujących opisy „z serduchem” sobie nie zaskarbił.

W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych ostro rynek zaatakował team Canal +. Roman Kołtoń, Mateusz Borek, Andrzej Twarowski, Tomasz Smokowski, Rafał Nahorny – każdy z nich w późniejszych latach zbudował sobie odpowiednią renomę, wszyscy natomiast zaczynali jako grupa, bądź co bądź, dzieciaków zakochanych w piłce. Wyraźnie należy oddzielić jakość komentatorską od tego, co prezentowali w studiu czy programach tematycznych. Gdy oglądałem komentowane przez nich wspólnie mecze, dochodziłem do wniosku, że Smokowski bez towarzystwa w spikerce byłby nikim, a Kołtoń obniżał poziom relacji prowadzonej przez Borka. Po dwudziestu latach wyciągam inne wnioski, niekoniecznie jednak dobre dla każdego z wymienionych.

W minionej dekadzie każda stacja dysponowała już komentatorskim zastępem. W Polsacie pojawił się Przemysław Pełka, który nigdy mnie nie porwał. Podobnie Cezary Kowalski, który nawet w stosunku do Pełki czy Iwanowa stoi ze cztery szczeble niżej, na sześcioszczeblowej drabinie jakości. W TVP Szpakowski wciąż był niedościgniony, nawet pomimo ścielących się lapsusów. Jak mogłoby być inaczej, skoro za kolegów miał tam uśpionego Jacka Jońcę i nudnego Tomasza Jasinę. Z tej grupy wybijał się Maciej Iwański, chociaż dla kibiców preferujących styl „ekipy C+” pozostawał niestrawny.

W wachlarzu Eurosportu był solidny radiowiec Andrzej Janisz, przyjemny w słuchaniu Tomasz Lach, ale też Edward Durda czy Piotr Laboga, którzy winni widnieć w laryngologicznych przeciwwskazaniach. W porównaniu do Sergiusza Ryczela, Wojciecha Jagody i Grzegorza Kalinowskiego brzmią oni jednak jak Verdi w La Scali. Wiem, że są fani stylu prezentowanego przez komentatorów Eleven Sports – mam z nimi tyle wspólnego, co Kazik Staszewski z Mercedesami. Mógłbym napisać coś o Grzegorzu Milko, Marcinie Rosłoniu, Mateuszu Święcickim czy Piotrze Galińskim, ale chciałbym otrzymać za ten tekst wynagrodzenie. I nawet Rafała Wolskiego, proszę państwa, mieszczę w tym akapicie.

Większość z was zastanawia się nad tym, jak ktoś, kto szerzy takie bzdury, dostał zgodę na pisanie dla „Gola”? Przecież Iwański to największy ze słownych nędzarzy, Wolski i Święcicki to nadzieje polskiego mikrofonu, krzyki na Eleven to sól tego fachu, a Bundesliga z Kołtoniem w 1998 roku była tak strawna, że dało się spamiętać cały, mistrzowski skład Kaiserslautern. Otóż to: polityka, religia i ranking komentatorów to te tematy, których nie powinno się poruszać przy żadnym stole. Niestety ostatnie zmiany otworzyły puszkę Pandory.

Już Tomasz Hajto jako stały partner Mateusza Borka stanowił przedmiot kontrowersji. „Truskawka na torcie”, „nie na raz, wejdź tam, pobaw się”, „te detale, ten kwalitet”, ślunsko godka oraz wszystkie weszłem, poszłem i zaniesłem dla niektórych dyskwalifikowały go jako osobę zatrudnioną przez telewizję – inni traktowali to jako wesoły koloryt i zwracali uwagę na chemię pomiędzy nim, a Borkiem. Bo że Borek był właściwym człowiekiem na właściwym miejscu – tego pod wątpliwość nie poddawał nikt.

Czymże były jednak tamte dywagacje wobec powrotu do spikerki Dariusza Szpakowskiego? Czymże były „detale” i „truskawki” wobec nieśmiertelnego „jak mawiał śp. Kazimierz Górski…” „Czarls Puziol”, „Luizjo”, „Dżon Obi Majkel” czy „przy piłce Czavi – och, przepraszam, to był jednak… a nie, to jednak Kszavi”? Ja wam powiem, czym: czystą, wzniosłą emocją. „Podniecony” Szpakowski to mistrz świata budowania napięcia i przeżywania radości.

Rozumiem wszystkich tych, dla których od dziecka „Szpaku” był starym dziadkiem, którzy wychowali się na jakości brought to you by Canal +, których 44-letni Mateusz Borek mógłby być ojcem. Rozumiem tych, którzy oczekują konkretności, solidności, pewnych informacji, świeżości i bycia „na bieżąco”. Rozumiem, że tęsknią za duetem Borek-Hajto.

Wszyscy ci powinni jednak zrozumieć mi podobnych – trochę zbyt sentymentalnych, trochę zbyt emocjonalnych gości – dla których to, co jest wizytówką Szpakowskiego, stanowi wystarczającą przeciwwagę dla wszystkich wad jego przekazu. I żal nic tu nie pomoże, i nie ma sensu toczyć żółci. Cóż – jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.