Thierry Henry – Powiedziałem mu, że wypaczył wynik meczu, ale nie miał jaj, żeby to przyznać. Cz.1

0
thierry henry

Kiedy “Niezwyciężeni” zaczęli tak o sobie myśleć? Dlaczego nie wyszło mu w Juventusie? I o co chodzi z tymi getrami za kolano? Thierry Henry w pierwszej części wywiadu zdradza nieco swoich tajemnic.

– Co pamiętasz ze swojego dzieciństwa w Les Ulis? Zawsze miałeś piłkę przy nodze?

– Tak, nie rozstawałem się z piłką. Pamiętam przede wszystkim, jak mój tata zachęcał mnie do gry i krytykował, gdy coś mi nie wychodziło. Od najmłodszych lat wytykał mi błędy. Mój tata odegrał wielką rolę w mojej piłkarskiej edukacji. Jako dziecko nie ma nic lepszego, niż sprawienie, że rodzice są z ciebie dumni. Pamiętam, jak po naprawdę dobrym meczu wróciłem do samochodu wiedząc, że będzie cieszył się z tego, jak zagrałem. A wcale nie działo się to tak często! Zawsze uczył mnie, żeby nie cieszyć się z tego, co osiągnąłem, bo zawsze jest miejsce na zrobienie tego lepiej. Tak mnie wychował.

– Cieszysz się, że Sonny Anderson był w Monaco napastnikiem, przez co zepchnął cię do roli skrzydłowego, co poszerzyło twoją piłkarską edukację?

– Tak, ponieważ uczyłem się obserwując go, a także grając szeroko ustawionym: okazało się to cennym doświadczeniem dla mojej kariery. Granie na skrzydle po byciu środkowym napastnikiem nauczyło mnie rzeczy o grze, których normalnie bym nie poznał. Jednak przede wszystkim dowiedziałem się, że będąc środkowym napastnikiem prawie na pewno zawsze trafisz na czołówki gazet. Możesz dawać z siebie wszystko na skrzydle, zagrywać piłki, asystować przy golach, ale uwagę i chwałę zawsze zyskuje gracz, który wpakuje piłkę do siatki. Sonny co prawda zawsze był wdzięczny kolegom za pomoc, ale prasę zawsze interesował głównie napastnik. Nawet jeśli nie był dobry, to gol wystarczył, żeby pisać tylko o nim.

Dzięki temu nauczyłem się być świadomy i doceniać pracę innych. Dlatego strzelając gole zawsze starałem się podkreślić udział kolegów. Myślę, że to wielka szkoda, że lwia część uwagi skupia się tylko na gościach, którzy zdobywają bramki. Możesz okiwać trzech rywali i zagrać świetną piłkę, którą napastnik tylko dotknie, by wpadła do bramki… i to i tak on będzie głównym bohaterem wiadomości.

– Zagrałbyś w finale mistrzostw świata w 1998 roku, gdyby Marcel Desailly nie dostał czerwonej kartki. Jak się czułeś, gdy pokrzyżowało to twoje marzenia? Zepsuło ci to świętowanie mistrzostwa tej nocy?

– Szczerze mówiąc nie było mi z tym łatwo. W końcu był to finał mistrzostw świata. Selekcjoner, Aime Jacquet, powiedział mi, żebym zaczął się rozgrzewać: “Wejdziesz na boisko.” W drugiej połowie powiedział “Ok, jeszcze pięć minut.” I wtedy sędzia pokazał tę czerwoną kartkę. To prawda, że przez chwilę pomyślałem “K***a!”, ale z pewnością nie zepsuło to mojej radości z wygranej – był to niesamowity triumf.

– Po mistrzostwach przeniosłeś się do Juventusu. Co tam poszło nie tak?

– Muszę coś powiedzieć, co wyjaśni całą sytuację. Ludzie często mówią, że nie grałem zbyt dużo w Juventusie, ale zawsze grałem. Po pierwsze, dołączyłem do nich w styczniu, co ogranicza liczbę meczów. Grałem w każdym z pozostałych szesnastu, z czego trzynaście razy w pierwszym składzie. W pierwszych trzech siedziałem na ławce, ponieważ trener, Marcello Lippi, decydował o tym, czy odejść z klubu, uznał więc, że najlepiej będzie dać mi trochę czasu.

A w ostatnich pięciu lub sześciu meczach strzeliłem gola lub asystowałem. To prawda, że zajęło mi trochę czasu, żeby przyzwyczaić się do nowego systemu, ponieważ wcześniej nie grałem w formacji 3-5-2, ale szybko mi poszło i zacząłem dobrze grać. Opuściłem Juventus z innych powodów, w które nigdy się nie zagłębiałem.

– Ale teraz wyjawisz je…?

– Nie.

– Jakim klubom odmówiłeś, żeby ponownie pracować z Arsenem Wengerem w Arsenalu?

– Nie odrzuciłem żadnych innych ofert. Po prostu nawet nie rozważałem innych możliwości, gdy dowiedziałem się, że mogę ponownie pracować z Wengerem.

– Nie strzeliłeś gola w pierwszych ośmiu meczach w Arsenalu. Trafiłeś za to w zegar na stadionie po jednym z niecelnych strzałów. Był moment, w którym bałeś się, że nie poradzisz sobie w tym klubie?

– Nie martwiłem się, ponieważ tego typu myśli nie leżą w moim charakterze. Pracowałem dalej i ciężko trenowałem, aż w końcu wszystko weszło na swoje miejsce.

– Jakie jest twoje najpiękniejsze wspomnienie z Arsenalu? Najlepszy gol? Najlepszy moment?

– Myślę, że najlepsze było zakończenie sezonu niepokonanym [2003/04]. To niezwykłe osiągnięcie w angielskim futbolu, z tyloma ciężkimi meczami w sezonie. I nikt nigdy nam już tego nie zabierze.

– Dlaczego zakładałeś getry nad kolana? Czyj to był pomysł? Przegrałeś jakiś zakład?

– Dwa słowa: Sonny Anderson.

– Żałujesz swojej wściekłości na Grahama Polla na Highbury [w meczu z Newcastle w 2001 roku], gdy musiałeś być kilka razy odciągany od niego po końcowym gwizdku?

– To jeden z tych incydentów, który ludzie źle zinterpretowali. Faktycznie, kilku kolegów podbiegło, żeby mnie odciągnąć, ale zrobili to dlatego, że bali się, że stracę nad sobą kontrolę. Ale tak się nie stało. Starali się mnie odciągnąć, ale mówiłem im, że nie mam zamiaru go nawet dotknąć – wyglądało to o wiele gorzej, niż było w rzeczywistości. Gdy podszedłem do Polla, wokół nikogo nie było, gdybym więc chciał do uderzyć, to bym to zrobił. Chciałem po prostu porozmawiać z nim twarzą w twarz. Chciałem uzyskać odpowiedź, ale wciąż jej nie dostałem. Powiedziałem mu, że wypaczył wynik meczu, bo tak było. Ale nie miał jaj, żeby to przyznać i to dlatego byłem wściekły.

Nie wiem, czy pamiętasz, ale dał czerwoną kartkę Craigowi Bellamy – wciąż nie wiem za co – a potem za nic wyrzucił z boiska Raya Palroura. Później Sol Campbell w cudowny sposób zagrał w obronie, a on gwizdnął karnego! Pod koniec meczu zapytałem go po prostu dlaczego zepsuł ten mecz. Nie potrafił dać mi odpowiedzi. Jeżeli jesteś mężczyzną, to potrafisz odpowiedzieć. Przecież każdy popełnia błędy.

– W którym momencie sezonu uwierzyliście, że jesteście w stanie dotrwać do końca bez ani jednej porażki?

– W ogóle się nad tym nie zastanawialiśmy. Jedynym momentem, gdy coś o tym powiedzieliśmy, było przed meczem z Portsmouth, trzecim do końca sezonu. Było to gdy, przegrywaliśmy, zanim udało nam się wyrównać na 1:1. Pamiętam, że powiedzieliśmy sobie, że głupio byłoby teraz przegrać, skoro widać już było koniec sezonu. Może podświadomie zaczęliśmy o tym myśleć na cztery-pięć kolejek przed końcem sezonu, ale szczerze mówiąc myślenie o tym byłoby najgorszym, co moglibyśmy zrobić. Zamiast normalnie grać staralibyśmy się nie przegrać. W Portsmouth mieliśmy ciężką pierwszą połowę: pamiętam, że Yakubu Aiyegbeni strzelił nam gola, a potem miał jeszcze sytuację sam na sam z Davidem Seamanem.

– Wydawało się, że zawsze bardzo dobrze ci szło przeciwko włoskim drużynom. Dlaczego?

– Śmiesznie, prawda? Zwłaszcza, że często słyszałem, że łatwiej jest grać przeciwko angielskiej obronie…

– Widziałem kiedyś młodą kobietę kibicująca Arsenalowi, która miała wytatuowane “Thierry Henry” wzdłuż brzucha. Jak się czujesz z takim okazywaniem sympatii?

– Po jednym z meczów kibic poprosił mnie o autograf na ramieniu. Powiedziałem “Daj mi jakiś kawałek papieru czy coś, bo z ramienia zmyje ci się to”. Na co on odpowiedział “Nie, zrobię sobie tatuaż w tym miejscu, gdzie się podpisałeś.” Ciężko mi to zrozumieć, bo jestem tylko piłkarzem, nie ratuję ludziom życia ani nic w tym stylu. Trzeba być kibicem, żeby to zrozumieć. Gdy znowu go spotkałem i pokazał mi ten tatuaż, byłem mile zaskoczony. Zwykle jednak nieco nieswojo czuję się z tego typu wyrazami sympatii.

– Co właściwie znaczy va va voom?

– Jeżeli chcesz wiedzieć, co znaczy va va voom, to możesz to sprawdzić w słowniku. Tak, to jest już w słowniku!


Zarejestruj konto na Fortuna za pośrednictwem Gol.pl!

baner-fortuna-gol

ŹRÓDŁOFourFourTwo
Poprzedni artykułJan Bednarek – Pierwszy raz w życiu zagrałem na prawej obronie
Następny artykułKluczowe, pytania, które zostaną zadane w Liverpoolu po sprzedaży Philippe Coutinho