Kłopot bogactwa to najprzyjemniejsze tarapaty, w jakie może wpaść reprezentacyjny selekcjoner. Pomimo dekoncentrującego echa w postaci konieczności rezygnacji z bądź co bądź dobrego piłkarza, niezadowolenia części kibiców i medialnej krytyki dotyczącej podjęcia decyzji nieoczywistej – z pewnością lepiej jest móc podziękować za współpracę któremuś z asów, niż budować team z przeciętniaków.

Przykładów dla powyższego nie trzeba daleko szukać. W ostatnich latach obfita jakość polskich bramkarzy niejednokrotnie zmuszała nie tylko do sadzania na ławce pierwszego golkipera jednego z topowych klubów, ale także uniemożliwiała nawet wysłanie powołań jemu podobnym. Ogromne bogactwo w brazylijskim ataku w latach dziewięćdziesiątych sprawiało, że tacy snajperzy jak Giovane Elber czy Mario Jardel właściwie otarli się tylko o grę w Canarinhos. Nic jednak nie równa się temu, czym „z przodu” dysponowali Włosi w połowie ostatniej dekady ubiegłego wieku. Wybrać dwóch-trzech graczy do wyjściowej jedenastki czy pięciu-sześciu do powoływanej kadry – za każdym razem Arrigo Sacchi zgryzał twardy orzech.

Jednym z pierwszych „picków” był dla trenera Roberto Baggio, który w 1995 roku, po latach sukcesów w barwach Juventusu, przechodził do AC Milan. Baggio, który dość niesłusznie został uznany głównym winowajcą porażki Włochów na Mistrzostwach Świata w USA, wciąż uznawany był za jednego z najlepszych piłkarzy globu. Jego niesamowite czucie gry oraz uniwersalność (mógł grać na obu skrzydłach oraz na szpicy – Platini mówił o nim „dziewiątka i pół”) nie pozwalało wątpić w słuszność decyzji Sacchiego. Niepodziewanie jednak Roberto na Mistrzostwa Europy w 1996 roku nie pojechał.

Olbrzymim zaufaniem selekcjonera cieszył się Gianfranco Zola, który w połowie lat dziewięćdziesiątych zdawał już sobie sprawę z tego, że AC Parma jest dla niego zbyt skromną firmą. Zola był niewysoki, ale za to niezwykle szybki. Stanowił świetnie uzupełnienie dla finezyjnego stylu gry Baggio.

W okresie obejmującym światowy czempionat w USA oraz Euro ’96 silną pozycję u Sacchiego miał Pierluigi Casiraghi z rzymskiego Lazio. Dziś nieco trochę zapomniany gracz był niezbędnym elementem ofensywnej układanki. Silny i skoczny środkowy napastnik przez lata potrafił przekonywać do siebie trenera, co niekiedy nie podobało się włoskim mediom. Do wyjściowego składu Azzurich była bowiem solidna kolejka.

Jeden z pierwszych „numerków” w poczekalni miał partner Casiraghiego z ataku Lazio, Giuseppe Signori. „Beppe” rozegrał sześć spotkań na Mundialu w 1994 roku, ale, pomimo silnej pozycji w klubie, coraz rzadziej zdobywał uznanie Arrigo. W niedługim czasie miał dołączyć do innych wielkich, którzy przestali otrzymywać zaproszenia na zgrupowania bez względu na status, jaki posiadali w światowej piłce.

Jednym z takich piłkarzy był Robert Mancini, który pomimo przeżywania piłkarskiej jesieni pozostawał niekwestionowaną gwiazdą Sampdorii Genua. Gdyby zaistniała taka potrzeba, Mancini z pewnością potrafiłby pokierować przednią formacją Włochów, wciąż pozostawał bowiem jedną z najjaśniejszych „dziesiątek” Serie A.

Odstawienie na boczny tor takiego Daniele Massaro nie może dziwić, bo już amerykańskiego finały Mistrzostw Świata był dla kariery wieloletniego gracza Milanu łabędzim śpiewem. Co innego Ruggiero Rizzitelli – jego przypadek bardziej przypomina sytuację Manciniego. „Rizzi-gol” w Serie A strzelał na zawołanie (co prawda tylko w Torino), a już niedługo trafić miał do Bayernu – bynajmniej nie za zasługi. Nie był jednak prawdopodobnie w ogóle brany pod uwagę przy takim polu manewru.

Kłopot bogactwa zatrzymał reprezentacyjną karierę najlepszego chyba włoskiego napastnika początków opisywanej dekady. Gianluca Vialli w 1995 roku wciąż grał pierwsze skrzypce w walczącym o najwyższe laury Juventusie Turyn, ale napięte relacje z selekcjonerem nie pozwoliły mu wystąpić w żadnym z wielkich turniejów za kadencji Sacchiego. Zresztą brak powołania na Euro 1996 dla Viallego, Signoriego i Roberto Baggio opinia publiczna uznała za główną przyczynę klęski Azzurrich.

Nieporozumienia na linii Vialli-Sacchi oraz rezygnacja z usług Signoriego (definitywna) oraz Baggio (chwilowa) otworzyły bramy kadry kolejnemu snajperowi Juve. Wysoki, silny i skoczny Fabrizio Ravanelli zasługiwał na powołanie już wcześniej. Strzelecki instynkt ”Srebrnego Lisa” był wykorzystywany przez Sacchiego w ostatnich latach jego trenerskiej kariery w reprezentacji, a Ravanelli dał się zapamiętać też z efektownych „samolotowych” cieszynek w czasach, gdy za taką ekspresję nie karano jeszcze żółtym kartonikiem.

Włoskimi napastnikami urodzonymi w latach sześćdziesiątych można by obdzielić przynajmniej trzy narodowe kadry, a przecież na powołania czyhali już młodzi, którzy na przełomie wieków stanowić mieli o sile apenińskiego futbolu. Przebojem do drużyny narodowej wdarł się Alessandro Del Piero. Kreatywny i uniwersalny dwudziestolatek szturmem brał reprezentacje juniorskie, by potem przez trzynaście lat stanowić trzon kadry seniorów. Razem z nim w krytykowanej grupie napastników powołanej na turniej Euro ’96 znalazł się Enrico Chiesa, który wkrótce zamienić miał towarzystwo Manciniego w Sampdorii na Zolę w Parmie. Był niesamowicie szybki i energiczny. Jego wzajemne uzupełnianie się z Del Piero przypominało niedawną współpracę Roberto Baggio z Gianfranco Zolą.

Na swoją szansę czekał już utalentowany Christian Vieri, który z racji konkurencji do miejsca w składzie Azzurrich stanowił o sile wciąż tylko drużyny U-21. W młodzieżówce partnerowały mu nie mniejsze nadzieje Włochów – Filippo Inzaghi oraz Marco Delvecchio. Wiele dobrego mówiło się wówczas także o Nicoli Amoruso. Spośród zawodników wymienionych w niniejszym akapicie tylko ten ostatni nie spełnił pokładanych w nim nadziei.

Jest też grupa graczy, którzy nigdy nie doczekali prawdziwej szansy, a mnogość piłkarskich znakomitości nie pozwoliła im zdobyć należnego miejsca w pamięci kibiców. Na pierwszym miejscu w tym gronie postawić należy Paolo Di Canio. Może nie był tak skuteczny, może nie powinno się traktować go stricte jako napastnika, ale wydawać się może, że w innych okolicznościach mógł być dla Włochów połączeniem Roberto Donadoniego i Roberto Baggio. Di Canio był zawodnikiem nieprzewidywalnym, dynamicznym, walecznym i niepokornym. Może nie należy go stawiać w pierwszym rzędzie z legendami pokroju Manciniego czy Del Piero, ale brak choćby debiutu w pierwszej reprezentacji stanowi rysę na jego piłkarskiej historii.

Obok Di Canio stawiam jednego z moich ulubionych piłkarzy. Były czasy, gdy żelaznym standardem były czarne buty piłkarskie i firmom je produkującym nie przychodziły do głowy barwne innowacje. Trendy łamał niesamowity Marco Simone, legenda Milanu, w swych magicznych, białych korkach. Chociaż o miejsce w składzie rosso-nerich rywalizować z Roberto Baggio, Van Bastenem, Weah, Massaro, Papinem, Duggarym czy Brianem Laudrupem – trafiał sporo, a jego styl gry działał na wyobraźnię. Arrigo Sacchi wypróbował go w kadrze tylko czterokrotnie – pewnie gdyby nie szokująca poziomem konkurencja, Simone zapisałby w reprezentacji piękniejszą kartę.

Swoistego pecha mieli nie tylko Di Canio czy Simone. Maurizio Ganz powoływany był do kadry już w 1993 roku, jako napastnik Atalanty Bergamo. Potem grał jeszcze pierwsze (niech mu będzie) skrzypce w Interze i trzecią wiolonczelę w AC Milan  – w seniorskiej reprezentacji nawet nie zadebiutował. Były lata, gdy można było próbować Michele Padovano – zrobił to dopiero (i tylko raz) Cesare Maldini. A taki Marco Branca był najlepszym włoskim strzelcem na Igrzyskach w Atlancie – na debiut w seniorach Azzurri nie miał jednak w tak doborowym towarzystwie snajperów szans.

Dziś Gian Piero Ventura stawia na Immobile, Edera, Gabbiadiniego, Belottiego i Zazę. Chyba nawet nie będę silił się na porównania.


BONUS 100% OD PIERWSZEJ WPŁATY DO 600 ZŁOTYCH

Forbet

  1. Już teraz załóżcie konto na platformie ForBET korzystając z naszego linka.
  2. Odbierzcie bonus 100% od pierwszej wpłaty do 600 PLN.
  3. Więcej informacji na temat oferty ForBET znajdziecie TUTAJ